Od kryzysu do zmiany – proces terapii z perspektywy pacjentki

Psychologiczni!pl: Witam Pani Łucjo. Dziękuję, że zgodziła się Pani na rozmowę, której tematem będzie psychoterapia z perspektywy pacjenta. Chciałabym, aby treści dzisiaj poruszone mogły przydać się osobom, które zastanawiają się nad podjęciem psychoterapii, czyli potencjalnym pacjentom.

Zacznijmy od tego, skąd pojawił się u Pani pomysł na rozpoczęcie psychoterapii? Czy były jakieś konkretne powody, które Panią do tego skłoniły?

Pani Łucja: Takim bardzo namacalnym powodem było zalecenie psychiatry, do którego trafiłam w pewnym momencie swojego życia. Nie wiem, czy sama bym na to wpadła, aby pójść na psychoterapię chociaż mam przyjaciółkę, która jest psychoterapeutką i czasem wspominała o takiej formie pomocy, ale chyba nie rozważałam tego wystarczająco poważnie, dopóki nie dostałam zalecenia od lekarza. A że do tego psychiatry trafiłam nie bez powodu, to potraktowałam to zalecenie bardzo serio i priorytetowo. Poza tym brałam wtedy także leki, które też były z zalecenia psychiatry.

P!pl: Jakie były powody tego, że udała się Pani do psychiatry?

P.Ł.: Taką bezpośrednią przyczyną był – może dla uproszczenia nazwę go: epizod depresyjny. Dzisiaj z perspektywy czasu tak na to patrzę. To był epizod depresyjny, który po prostu wiązał się z pewnymi specyficznymi objawami, o których zaraz powiem. Tym, co doprowadziło do tego, że ten stan pojawił się w moim życiu, było po prostu nagromadzenie wielomiesięcznego stresu związanego ze zmianą pracy, bardzo dużą ilością obowiązków i bardzo dużą presją. Po takim bardzo intensywnym roku pracy, kiedy w końcu udało mi się wyjechać na długo wyczekiwany urlop, gdzie faktycznie był taki moment, że sobie wszystko odpuściłam, gdzie przysłowiowo nic nie robiłam i jeszcze na tym urlopie było okay, to po powrocie do domu można by powiedzieć, że świat mi się zawalił na głowę. Miałam jeszcze siłę chodzić do pracy, ale po pracy to już wyglądało tak, że kładłam się do łóżka i szacowałam, na co starczy mi dzisiaj energii. Na przykład jak widziałam, że ktoś do mnie dzwonił, to się zastanawiałam, czy mam na tyle siły, żeby ten telefon odebrać, czy to już jest ponad moje siły. Po kilku tygodniach przeszło mi to ogromne zmęczenie, natomiast w związku z tym, że mam pracę, która bardzo mocno jest związana z rytmem roku szkolnego, wiedziałam, że zbliża się wrzesień i że będzie po prostu intensywnie. Pamiętam, że któregoś dnia na myśl o tym, że za moment pójdę do pracy i wrócę do takiego kołowrotka, gdzie będzie bardzo, bardzo dużo obowiązków i stresów, to po prostu ogarnął mnie lęk. Pomyślałam sobie, o nie, to jest ten moment, w którym trzeba zacząć działać, bo jeszcze dzisiaj do tej pracy pójdę, ale jeżeli teraz się boję, to boję się też, że za miesiąc z tego łóżka już nie wstanę i do niej po prostu nie dotrę. Więc umówiłam się na wizytę do psychiatry. Na pewno pomogło mi w tym, jak już wspomniałam, że mam przyjaciółkę, która jest psychologiem i psychoterapeutą, też się zawodowo obracam trochę w takim środowisku, więc na pewno było mi łatwiej. Trochę wiedziałam, o co chodzi z psychoterapią, trochę wiedziałam, czego mogę się spodziewać, trochę wiedziałam też, że tych objawów, które mi doskwierały, nie można lekceważyć, bo one niekoniecznie same przejdą. Natomiast wydaje mi się, że może tak być, że osoba spoza branży mogłaby przegapić ten moment, mogłaby próbować zebrać się w sobie, machnąć ręką, przeczekać. A ja jednak z takiego około zawodowego doświadczenia wiedziałam, że nie powinnam tego mojego stanu lekceważyć.

P!pl: Czyli po prostu zaczęło być Pani źle, ciężko, trudno, i ten dyskomfort – delikatnie mówiąc – był powodem do rozpoczęcia psychoterapii?

P.Ł.: Było tak, że ja bardzo chciałam na przykład odebrać ten telefon, chciałam się spotkać z kimś, w głowie nie brakowało chęci, ale fizycznie nie byłam w stanie z tego łóżka się podnieść. Było trudno zrealizować pewne pragnienia, ale to jeszcze nie był taki stan, żebym wpadła w jakąś obojętność, nie, bardziej chyba doskwierał mi ten dysonans pomiędzy chęcią, a brakiem sił na ich realizację.

P!pl: Czym się Pani kierowała przy wyborze terapeuty i nurtu psychoterapeutycznego?

P.Ł.: Jestem w psychoterapii prowadzonej w nurcie psychodynamicznym. Ten wybór był z jednej strony trochę przypadkowy, a z drugiej celowy. Moja przyjaciółka jest psychoterapeutą pracującym w nurcie psychodynamicznym i z naszych wcześniejszych zawodowych, a także prywatnych rozmów wiedziałam mniej więcej, na czym taka psychodynamiczna terapia polega. Trochę ją podpytywałam, poprosiłam też o rekomendację, a ona poleciła mi osobę pracującą właśnie w tym nurcie. Dodam, że byłam już wcześniej krótko dwa razy w procesie terapii, więc jakieś pojęcie miałam, jak taki proces może wyglądać. Raz to była terapia indywidualna, innym razem terapia par. Indywidualna była w nurcie psychoanalitycznym, ale nie wspominam jej dobrze. Te moje doświadczenia wcześniejsze nie były jakieś super, więc z tego też powodu nie chciałam tak w ciemno szukać kolejnego psychoterapeuty. Czekałam chwilę na termin do poleconej mi osoby, a jak już nadszedł, to jednak – mówiąc tak kolokwialnie – nie kliknęło. Wtedy zaczęłam szukać terapeuty na własną rękę i w związku z tym, że byłam bardzo zmotywowana, aby rozpocząć terapię, zaczęłam się kierować dostępnością terminów, a już nie konkretnym nurtem, tak jak wcześniej. Pamiętam, że byłam wówczas zapisana do trzech lub czterech osób jednocześnie, bo po prostu stwierdziłam, że pójdę, rozeznam temat i zobaczę, czy ktoś mi przypasuje. Wtedy już szukałam przez jeden z internetowych portali. Skorzystałam z niego ponieważ nie czułam się na siłach, aby obdzwaniać gabinety czy ośrodki zdrowia psychicznego. To nie wchodziło w grę. Najłatwiejszą formą było dla mnie włączyć aplikację i tam poszukać.

P!pl: Po ilu spotkaniach zorientowała się Pani, że „nie kliknęło”, że to nie ta osoba, z którą chciałaby Pani współpracować?

P.Ł.: Po jednym, ale nie dotarło to do mnie na samym spotkaniu, tylko dopiero po fakcie, jak wyszłam z tej konsultacji i poczułam, że jestem cała poirytowana, chociaż szłam tam z dobrym nastawieniem. Jak to sobie przemyślałam, uznałam, że nie czuję zaufania do tej osoby, z którą rozmawiałam. Trudno było mi sobie wyobrazić, że ta współpraca mogłaby się udać.

Więc tak, jak wspomniałam, zaczęłam szukać przez aplikację internetową faktycznie na chybił trafił. Bardziej interesowała mnie dostępność terminu rozpoczęcia terapii niż sam nurt. Tu też była zabawna historia, bo do terapeuty, z którym obecnie współpracuję, byłam umówiona dwa razy zanim się finalnie spotkaliśmy. Za pierwszym razem zadzwonił do mnie i powiedział, że termin niedaleki, w którym to miała odbyć się nasza pierwsza konsultacja, właśnie się wyprzedał. Zapytał mnie wtedy, czy chciałabym, żeby dał mi znać, jak zwolni się jakiś inny. Mając świadomość, że nie jest tak łatwo z dostępnością psychoterapeutów powiedziałam, że jak najbardziej. Do miesiąca odezwał się ponownie i z tych wszystkich terminów, na które byłam umówiona też do innych osób, zaproponowany przez niego był mimo wszystko najwcześniejszy. I na ten realnie poszłam. Ta konsultacja była zupełnie inna niż ta poprzednia pierwsza, po której zrezygnowałam ze współpracy. Poczułam się dobrze, jeżeli można tak powiedzieć o samopoczuciu w gabinecie psychoterapeuty. Mój obecny terapeuta zrobił na mnie na tyle pozytywne wrażenie, że już u niego zostałam. Potem, czytając jego opis zawodowy, zauważyłam, że jest psychoterapeutą w nurcie psychodynamicznym, czyli tym, który miał być dla mnie pierwszym z wyboru, przynajmniej z założenia. Więc wszystko, że tak powiem, szczęśliwie się poskładało.

P!pl: Ile czasu jest Pani w bieżącej psychoterapii i z jaką częstotliwością ma Pani sesje?

P.Ł.: W styczniu tego roku minęły trzy lata. Przez pierwsze półtora roku miałam sesje z częstotliwością raz w tygodniu, a następnie zwiększyliśmy częstotliwość tych sesji do dwóch spotkań w tygodniu. Było to związane z dwiema rzeczami: zmianą formuły sposobu prowadzenia terapii, tak bardziej organizacyjnie, oraz faktem, że to był moment w mojej terapii, kiedy się pojawił bardzo duży kryzys. Oboje widzieliśmy potrzebę zaopiekowania mnie intensywniej, żeby trochę monitorować to, co się ze mną dzieje w tamtym okresie. Od tamtej pory zostaliśmy przy dwóch spotkaniach w tygodniu.

P!pl: Czy na przestrzeni tych trzech lat do dnia dzisiejszego zauważyła Pani jakieś wewnętrzne zmiany, które w Pani zaszły pod wpływem terapii? Kiedy i które zaczęły pojawiać się jako pierwsze?

P.Ł.: Odpowiem od końca. Nie pamiętam, które zmiany zaczęły pojawiać się jako pierwsze. Mam takie doświadczenie, że w psychoterapii nic się nie dzieje z dnia na dzień, a poza tym bardzo trudno jest oddzielić wyraźną kreską moment, do którego było jakoś, a po nim inaczej. Nie, to jest proces i choć to słowo może się wydawać nieco wyświechtane ono bardzo dobrze oddaje to, jak się toczą te zmiany w człowieku pod wpływem psychoterapii psychodynamicznej. Mogłabym to jeszcze porównać do maratonu, bo to zdecydowanie nie jest sprint, tylko zdecydowanie maraton. Na różnych poziomach ta metafora może funkcjonować, zarówno jeśli chodzi o dystans, o czas, czy o pewne kryzysowe momenty po drodze, gdy pojawiają się różne stany, jak poczucie euforii, wściekłości i innych emocji. Nie umiem precyzyjnie powiedzieć, kiedy zaczęłam odczuwać pierwsze zmiany. Wiem, że są osoby, które już po pierwszej konsultacji czują się doraźnie lepiej, bo czasem samo podzielenie się swoim “ciężarem” z drugą osobą, która jest uważna, empatyczna i zainteresowana nami powoduje ulgę. Mi już trudno aż tak daleko cofnąć się w czasie i określić moment, w którym odczułam namacalną różnicę. Dodatkowo czasem było tak, że wydawało mi się, iż pewne rzeczy, pewne moje sposoby reagowania na różne sytuacje już się zmieniły, po czym przychodziła sytuacja większego kalibru i okazywało się, że wracałam do swoich starych sposobów funkcjonowania. Natomiast na pewno zauważam takie zmiany, które dzisiaj wydają mi się czymś naturalnym, ale gdyby ktoś mi o nich opowiadał przed terapią, to chyba nie umiałabym sobie nawet wyobrazić czy zrozumieć, o jaką zmianę chodzi, na czym miałaby ona polegać. Takim dobrym przykładem jest to, że wstaję rano i po prostu się uśmiecham, mam dobry humor i nie musi się nic szczególnego zadziać, żebym tak się czuła, nie musi mnie w ten dobry nastój nic wprowadzić. Po prostu taki jest. Z pewnością mam więcej luzu i takiej zgody na to, żeby w życiu było różnie, żeby się pewne rzeczy działy, takiego wewnętrznego przyzwolenia na to, że mogę popełniać błędy i to mnie nie przekreśla, nie przekreśla innych wszystkich rzeczy, które się dzieją. To jest trudne do wytłumaczenia. W takiej warstwie racjonalnej wielu ludzi by powiedziało: no tak, można popełnić błąd i nic się złego nie stanie. Tylko różnica najbardziej dotyczy tego, jak to przeżywamy, jak ja to teraz przeżywam. Wcześniej mogłam sobie wmawiać, że coś mnie nie dotykało, a tak naprawdę w środku to miało bardzo duży wpływ na mnie. Teraz nie tylko mówię o tym, że nic się nie stało, ale naprawdę tak czuję. Że jedna porażka nie przekreśla całego procesu, że jeden błąd w pracy nie świadczy o tym, że jestem złym specjalistą. To takie przykłady. Z innych zmian, to zmieniły się na pewno moje relacje. Chciałabym bardzo móc powiedzieć, że tylko na lepsze, ale niestety niektóre na gorsze. Na przykład straciły na swojej intensywności, bo może nawet nie tyle odkryłam, że coś mi w tych relacjach nie pasuje, co pogodziłam się z tym, jakie one są, spojrzałam na nie realnie, a nie przez pryzmat moich wyobrażeń, jakie powinny być, albo jakie chciałabym, żeby były. Niemniej wiele relacji zmieniło się na plus. I nie dlatego, że Ci ludzie się zmienili, ale ja się zmieniłam na tyle, że to realnie wpłynęło na to, co się między nami dzieje. Mam też feedback z otoczenia, że moje zmiany nie dzieją się tylko w moim własnym poczuciu i wyobraźni, ale także są zauważane przez osoby z otoczenia. Więc chyba dobrze mi idzie (uśmiech). W trakcie psychoterapii rozstałam się z wieloma moimi wyobrażeniami też na inne sprawy, gdy zobaczyłam je takimi, jakie są naprawdę. Na przykład pożegnałam się z niektórymi własnymi przekonaniami na swój temat. Ale za to bardziej poznałam samą siebie, prawdziwiej. Głębiej zrozumiałam swoje motywacje, które regulują moje relacje, reakcje i po prostu życie. Czasem odkrywałam coś fajnego, a czasem opłakiwałam coś, co okazywało się być iluzją. To pożegnanie samo w sobie jest smutne, zwłaszcza, jeśli iluzje były pozytywne i miały mi dawać poczucie bycia lepszą, fajniejszą. Ale w ich miejsce pojawiła się możliwość cieszenia tym, że jestem po prostu sobą i mogę czuć się wystarczająco fajna, żeby mieć dobre życie.

P!pl: Trochę przekornie dopytam: jako zmiany wynikające z psychoterapii wymieniła Pani zupełnie inne rzeczy niż te, które wymieniła Pani jako powody podjęcia psychoterapii, czyli na przykład lęk, czy brak siły fizycznej.

P.Ł.: No tak, bo… to jest bardzo trudno wytłumaczyć komuś, kto w takim procesie nigdy nie był. Że te rzeczy, które bezpośrednio zaprowadziły mnie do psychiatry, one chyba – tak najprościej można by powiedzieć – były pewnego rodzaju objawem. Natomiast ich geneza i to, dlaczego one się pojawiły w moim życiu, wynikała z innych trudności, o których ja na tej terapii rozmawiam tak naprawdę do teraz. Najprościej mówiąc – zaopiekowanie przyczyn spowodowało, że zniknęły objawy.

P!pl: Czyli w psychoterapii pracuje się nad innymi rzeczami, niż te, z którymi się przychodzi? Ale te rzeczy, z którymi się bezpośrednio przychodzi też ulegają jakimś zmianom pod wpływem psychoterapii?

P.Ł.: Tak, zdecydowanie. Myślę, że takiemu pacjentowi, który nie zna tajników procesu i nie musi, a nawet nie powinien się znać na psychoterapii, skoro jest pacjentem, to czasami trudno sobie wyobrazić, albo nawet nazwać clou problemu. Taka osoba przyjdzie i powie, tak jak ja, gdy przyszłam czy to do psychiatry, czy do psychoterapeuty, głównie o objawach. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś będzie miał taką świadomość, że ma trudność z wyrażaniem emocji, co powoduje pewne somatyczne dolegliwości, co się na przykład może objawiać w jakiś lękach i że w ten sposób to przedstawi terapeucie. Raczej powie: „boję się wyjść z domu”, albo „boję się, bo ludzie na mnie dziwnie patrzą”. Wydaje mi się, że to rolą terapeuty jest po pierwsze dotarcie do tych przyczyn, które powodują te somatyczne czy w ogóle chorobowe objawy, a po drugie wytłumaczenie pacjentowi związków pomiędzy jednym i drugim. I wtedy dopiero można pracować nad zmianą.

P!pl: Czy według Pani, z dotychczasowego własnego doświadczenia, proces psychoterapii jest łatwy, czy może jakoś trudny?

P.Ł.: (śmiech) Nie no, super łatwy. Żartuje. Hmmm, zastanawiam się, jak to powiedzieć, żeby nie odstraszyć potencjalnych klientów, pacjentów. Myślę, że psychoterapia wydaje się na początku łatwa. Wiem, że są osoby, które już po pierwszej konsultacji czują się doraźnie lepiej, bo czasem samo podzielenie się swoim “ciężarem” z drugą osobą, która jest uważna, empatyczna i zainteresowana nami powoduje ulgę. Z upływem czasu porusza się jednak coraz trudniejsze tematy, człowiek zaczyna się zanurzać głębiej w siebie, zahacza na przykład o to stereotypowe dzieciństwo, które w obiegowej opinii chyba każdemu laikowi kojarzy się z terapią. I tu już nie jest tak miło. A nawet jeśli wcześniej było to często na tym etapie już miło być przestaje. Można tu by użyć jako metafory znanego powiedzenia – im dalej w las, tym więcej drzew. Bywa trudno, bywa trudno gdy musisz wypowiedzieć pewne rzeczy na głos, musisz się z tym jakoś skonfrontować, zmierzyć. Zarówno z tym o czym opowiadasz jak i emocjami, które temu towarzyszą. Więc nie, zdecydowanie to nie jest łatwy proces. Owszem, są takie momenty, taka sesja, że na przykład nagle coś kliknie i wszystkie puzzle wskakują na swoje miejsce i człowiek wychodzi naładowany takim powerem. Albo na przykład zdarzały mi się takie sesje, na których ot tak rozwiązaliśmy jakiś problem i w ogóle nie trzeba było więcej do niego wracać, wystarczyło raz go przegadać. To były takie bardzo, powiedziałabym, doładowujące energetycznie spotkania. Zdarzały mi się też takie sesje, które były pełne trudnych dla mnie emocji, ale wychodziłam z poczuciem bycia zrozumianą, bycia jakoś wspartą, i w takich chwilach te powiedzmy plusy przeważały nad minusami. Było też mnóstwo sesji, po których wychodziłam i płakałam w samochodzie jadąc do domu, albo cieszyłam się, że mam daleką drogę do domu, bo mogę ochłonąć. Jest po prostu różnie. Na pewno nie jest zawsze źle, na pewno nie jest zawsze dobrze, tylko różnie. I chyba to odzwierciedla takie zwyczajne życie, w którym też są lepsze i gorsze momenty. Myślę też, że siła relacji, którą się nawiązuje z terapeutą, trzyma to wszystko w ryzach. Ta relacja jest taką bezpieczną bazą. Nawet jak się powkurzamy, jest nam przykro, jest nam… mi, mi jest trudno, to wiem, że mam do kogo wrócić. Jak z takim dobrym rodzicem.

P!pl: Czy z dzisiejszej perspektywy jest Pani zadowolona z podjęcia decyzji o rozpoczęciu psychoterapii?

P.Ł.: Tak, zdecydowanie tak. Ma to swoje koszta, takie dosłowne. Myślę, że wszyscy sobie zdajemy sprawę, że to kosztuje niemałe pieniądze i trzeba mieć tego świadomość, szczególnie jeśli się decydujemy na terapię w nurcie, który zakłada pracę długoterminową. Trzeba albo mieć zabezpieczone te środki, albo, chcąc przejść cały proces, mieć świadomość, że po prostu trzeba będzie na to gdzieś pieniądze znaleźć. Do tych kosztów trzeba na pewno doliczyć takie mniej oczywiste jak czas, który musimy poświęcić. Kosztem na pewno jest też możliwość chwilowego okresowego pogorszenia się naszych relacji z bliskimi, z partnerem, bo jednak przeżywanie różnych rzeczy, które dzieją się w terapii, nie pozostaje bez wpływu na naszą codzienność i nasze otoczenie. Czasami ten wpływ jest mniejszy, czasami jest większy, ale trudno, żeby go nie było. Pamiętam, że w takich najtrudniejszych momentach byłam niełatwym współmałżonkiem i niełatwym współlokatorem dla swojej rodziny. Miałam świadomość, że terapia bardzo się na moim zachowaniu odbija. Więc trzeba mieć świadomość kosztów. Natomiast patrząc na całość procesu, to ja dzisiaj jestem nieporównywalnie szczęśliwsza niż przed rozpoczęciem terapii, nawet jeśli to brzmi jak jakiś wyświechtany frazes. Mam też taki feedback z otoczenia, że lepiej się ze mną żyje, że tak powiem. Jestem już w takim komforcie, że mogę bez wyrzutów sumienia wybierać dla siebie dobre rzeczy, a jednocześnie inni na tym nie tracą. Nie żałuję decyzji o psychoterapii. Jedyne czego żałuję, to tego, że nie trafiłam na swojego terapeutę wcześniej, tylko dopiero teraz. Uważam, że gdyby moja pierwsza terapia była z tą osobą, to mogłabym do pewnego dobrostanu dojść dużo wcześniej. Natomiast jeszcze sobie tak myślę, że czasami przejście psychoterapii kojarzy się z jakimiś spektakularnymi zmianami w życiu, takimi jak rozwody, zmiana pracy, jakimś odnajdywaniem siebie. Ja nie przeżyłam takich zwrotów akcji w swoim życiu. Raczej bym powiedziała, że relacja z moim współmałżonkiem, z którym byłam przed rozpoczęciem terapii i jestem nadal, jeszcze się zacieśniła. W życiu zawodowym z kolei też widzę zmianę na plus. Pracy nie zmieniłam, lubiłam ją wcześniej, nadal ją lubię, ale nauczyłam się takiego zdrowego dystansu i takiej zdrowiej granicy pomiędzy tym, co jest związane z pracą, a życiem prywatnym. Takich spektakularnych wielkich zmian życiowych u mnie nie było, natomiast te, które się zadziały, mniejszego kalibru, one zdecydowanie poprawiły komfort mojego życia.

P!pl: Minęły już trzy lata. Czy wypatruje Pani końca psychoterapii?

P.Ł.: I tak i nie. Chyba to jest najlepsza odpowiedź. Jakiś czas temu rozmawiałam z moim terapeutą, jak to formalnie wygląda, tak organizacyjnie, zakończenie terapii, i jak to widzimy oboje, jak on to widzi, jak ja to widzę w kontekście naszego, mojego procesu. Na tamten moment zgodnie uznaliśmy, że to zdecydowanie nie jest jeszcze czas. Była mowa, taka szacunkowa, w przybliżeniu o roku, półtorej dalszej współpracy od tamtej chwili. I z jednej strony tak, wypatruję, i to jest związane z tymi kosztami, o których wspomniałam wcześniej. Odzyskanie dwóch wieczorów, czy popołudni dla siebie i konkretnej kwoty pieniędzy na kocie, to jest jednak kusząca perspektywa i w zasadzie to są chyba jedyne na ten moment argumenty za zakończeniem. W kontekście zakończenia samego procesu i tego, nad czym chciałabym jeszcze w psychoterapii się pochylić, to myślę, że nie, że to nie jest jeszcze moment na kończenie. Mam tego świadomość i mamy tutaj pełną zgodę z moim terapeutą. I trochę bym się tego bała, bo nie potrafię sobie jeszcze wyobrazić, że – jakkolwiek to dziwnie brzmi w ustach dorosłej osoby – umiem sobie poradzić sama. To mi się wydaje sygnałem, że jeszcze nie czas na kończenie. A zaznaczę, że nie jestem osobą, która uważałaby się za osobę niesamodzielną, albo chodzi na psychoterapię tylko dlatego, że się boi przestać. W jakimś sensie wypatruję tego końca, ale mam świadomość, że to jeszcze nie będzie w najbliższym czasie. No i też sobie myślę o takich rzeczach, które się może nie kojarzą z zakończeniem terapii, bo raczej mówi się o takim dojściu do samodzielności, możliwości bycia dla siebie samego wsparciem, zaopiekowania się, natomiast jak ja sobie myślę o zakończeniu psychoterapii, to poza wszystkimi plusami, obawiam się utraty tej relacji z osobą, która jest mi bliska. Wiem, że będę za tą osobą tęsknić, że pewnie będę o niej dużo myśleć i będzie mi po prostu tego żal.

P!pl: I mówi tutaj Pani o psychoterapeucie?

P.Ł..: Tak, tak. Tak. To jest… szczególny rodzaj relacji, trudny do zdefiniowania, bo trudno go do czegokolwiek porównać. Natomiast jest to bliska relacja i myślę, że – jak każda strata bliskiej osoby – to jest bolesne. Nawet jeśli jest to dobrowolna rezygnacja i zakończenie procesu jest za obopólną zgodą. To jest coś, co na dzień dzisiejszy trochę mnie przestrasza.

P!pl: To teraz właściwie już ostatnie pytanie. Czy przed podjęciem psychoterapii umiałaby Pani wyobrazić sobie, na czym polega psychoterapia, nawet gdyby ktoś długo Pani o tym opowiadał?

P.Ł.: Nie, zdecydowanie nie. Według mnie trudno jest opowiedzieć o psychoterapii. Kiedy widzę blisko mnie osobę, która zmaga się od wielu lat z tymi samymi problemami i, bazując oczywiście tylko na moim własnym doświadczeniu, mam przypuszczenie, że podjęcie psychoterapii przez tę osobę mogłoby jej pomóc uporać się z pewnymi sprawami, które ją dręczą w życiu od lat, chciałabym wytłumaczyć, na czym psychoterapia polega i co się tam robi. Gdy moja terapie była jeszcze dosyć świeżym tematem, grono bliższych czy dalszych znajomych dopytywało mnie, o co chodzi w tej psychoterapii. Próbowałam im wyjaśnić, jednak miałam poczucie, widząc też po ich minach, że jakby rozumieją słowa, które wypowiadam, znają ich znaczenie, ale kompletnie nie łapią sensu tego, co mówię. Nie umieją sobie tego wyobrazić. Poza tym miałam poczucie, że bardzo trudno jest mi opisać sam proces i jego istotę. Słysząc, jak o tym opowiadam, sama miałam takie poczucie, że nie oddaję w ogóle tego, co się dzieje na takich sesjach. Opowiadamy posługując się językiem i odwołując się bardzo często do jakiejś logiki, racjonalnych argumentów, konkretów, a w psychoterapii tym, co jest najważniejsze, poza opowiadaniem o czymś, to to jakie przeżycia temu towarzyszą. Jak to pięknie kiedyś ujął mój terapeuta: “Nie chodzi tylko o to, żeby coś zrozumieć, ale również o to żeby to poczuć”. I to jest coś co jest bardzo trudno przekazać. Tak sobie wyobrażam, że to też może być powodem, przez który ludzie nie podejmują terapii, nie widzą w niej sensu, ale też z psychoterapii rezygnują.

P!pl: Czy ma Pani jeszcze jakieś myśli, które mogłyby być cenne dla czytelnika naszej rozmowy, potencjalnego pacjenta? Tak od siebie na koniec.

P.Ł.: Myślę, że mam dwie. Po pierwsze – przy wyborze terapeuty warto ufać swojej intuicji i mieć takie poczucie, że jeżeli z jakiegoś powodu nie poczujemy się komfortowo w towarzystwie takiej osoby, z którą mielibyśmy współpracować, to możemy poszukać kogoś innego. Żeby nie zniechęcać się po ewentualnym pierwszym potknięciu. Terapeuta, jak każdy inny człowiek, jeden nam podpasuje, inny nie, z jednym złapiemy jakiś vibe, z innym nie złapiemy. Spotkanie jakiejś w naszym poczuciu niewłaściwej osoby nie przekreśla całej rzeszy innych fantastycznych specjalistów. Więc jeżeli byłaby taka sytuacja, że ktoś nie poczuje chemii, to nie bać się próbować z innymi psychoterapeutami. Druga sprawa to taka, że jak spotkamy właściwą w naszym poczuciu osobę i rozpoczniemy psychoterapię, a w jej trakcie pojawią się trudne momenty, przyjdą chwile zniechęcenia, to żeby się nie poddawać tylko zaufać terapeucie i procesowi, nie uciekać, nie szukać “drogi ewakuacyjnej” tylko wytrwać chwilę w tym dyskomforcie, bo najprawdopodobniej ten trud przyniesie dobre owoce. I zawsze w pierwszej kolejności o swoich wątpliwościach porozmawiać z terapeutą!


P!pl: Pani Łucjo, chcę bardzo serdecznie podziękować za podzielenie się z nami Pani doświadczeniami związanymi z psychoterapią. Za otwartość, szczerość, za ogrom cennych przemyśleń, refleksji, spostrzeżeń i wniosków. Bardzo dziękuję.

P.Ł.: Ja również dziękuję za rozmowę.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Tobie najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij

START TYPING AND PRESS ENTER TO SEARCH