My, ludzie jako gatunek, mamy wrodzoną potrzebę bliskości i więzi. Specjalne obszary mózgu predestynują nas do nawiązywania relacji, przyzwyczajania się do drugiego człowieka, doświadczania związanych z tym określonych emocji. Pozwala nam to, z perspektywy biologicznej: przetrwać i przekazać życie kolejnym generacjom. Z perspektywy życia psychicznego doznawać bogactwa doświadczeń emocjonalnych, wynikających z bycia w relacji, doznawać opieki i opiekować, czuć się żywym, kochać i być kochanym. Wydawać by się mogło, że bycie w bliskości to coś prostego i oczywistego, bo wpisanego w naszą naturę i dziedzictwo genetyczne. Okazuje się jednak, że w tym obszarze mnóstwo zależy od przebiegu naszego indywidualnego społecznego rozwoju i historii relacji. Wczesnodziecięce doświadczenia kształtują nasze realne możliwości bycia w bliskich relacjach. Oprócz tego istnieje inny wrodzony aspekt, który wchodzi z potrzebą bliskości w interakcje i w konflikt – jest to potrzeba autonomii.
Zaburzenia więzi
Bliskość kojarzy się z czymś pozytywnym, czego potrzebujemy, pragniemy, poszukujemy. Dla osób, których rozwój przebiegał w bezpiecznym, ciepłym emocjonalnie otoczeniu, tak właśnie zwykle jest – bliskość jest czymś naturalnym. Jednak nie każdy ma tak optymalne warunki rozwoju. Wiele osób zbyt często przeżywa doświadczenia negatywnie wpływające na indywidualny rozwój więzi. W konsekwencji pojawiają się tzw. zaburzenia więzi – bezpieczna więź nie została nawiązana, lub została brutalnie zerwana.
Rodzic nieobecny fizycznie lub emocjonalnie
Przyczyny bywają różne: być może nie było do kogo się przywiązać, nie było stałego opiekuna. Najczęściej bywa tak, że opiekun, z powodów wewnętrznych (własne zaburzenia więzi) lub zewnętrznych (np. choroba, wypadek), nie był w stanie zapewnić, wystarczającego do optymalnego rozwoju, poczucia bezpieczeństwa. Czynnikiem zaburzającym rozwój więzi jest też (zwłaszcza nie zauważona i nie leczona) depresja poporodowa matki. Matka w depresji może być fizycznie obecna, jednak emocjonalnie jakby jej nie było. Nie reaguje adekwatnie na emocje i zachowania dziecka, nie odzwierciedla jego stanów, a nawet przekazuje dziecku komunikat emocjonalny o niechęci wobec niego, zmęczeniu nim, pragnieniu ucieczki. Jest to bardzo trudne dla dziecka, ale pamiętajmy, że i dla samej matki – depresja to nie wybór, tylko poważne zaburzenie zdrowia psychicznego. Między innymi dlatego tak ważna jest obecność ojca, który może po części zrekompensować dziecku brak emocjonalnej dostępności matki oraz otoczyć matkę adekwatną opieką i wsparciem, tak, aby więzi rodzinne mogły być naprawiane i się rozwijać.
Innym przykładem może być niedostępność i oziębłość emocjonalna opiekuna wobec dziecka. W praktyce może wyglądać to tak, że rodzic nawet spełnia obowiązek opiekuńczy wobec potomka, może być zaangażowany i kochać dziecko, ale unika emocjonalnej zażyłości, nie jest w stanie szczerze zaangażować się w kontakt emocjonalny z dzieckiem. W takich sytuacjach dziecko nie ma warunków, by zapewnić swojemu mózgowi i swojej psychice doświadczeń, które są niezbędne do prawidłowego rozwoju więzi. Zatem dorasta w tym deficycie, który w przyszłości może skutkować trudnością nawiązywania bliskich relacji z innymi osobami oraz z własnym dzieckiem. Niestety często, bez głębokiej terapii, nie potrafimy dać sobie oraz swoim dzieciom tego, czego sami nie dostaliśmy. Według tego schematu, zaburzenia więzi u rodziców powodują podobne trudności u ich dzieci i są, przez wychowanie, przekazywane z pokolenia na pokolenie.
Rodzic nadopiekuńczy i nadmiernie kontrolujący
Wśród różnych społecznych scenariuszy mających wpływ na rozwój więzi spotykamy też taki, gdy rodzica/ opiekuna jest zbyt dużo. Wówczas bliskość równocześnie staje się sygnałem zalania, nadwyrężenia, przeciążenia. Rodzic może być nadopiekuńczy, nie zostawiać dziecku swobody do doświadczania siebie i otoczenia, poznawania swojej autonomii, sprawczości, rozwoju własnego myślenia i zaufania do własnych kompetencji. Dziecko jest tak związane z rodzicem, że wręcz uwiązane do niego. A to przytłacza, ogranicza. Rodzic może przekraczać też granice dziecka wikłając je w sprawy dorosłych. Jest tu wielka bliskość, ale połączona z nieadekwatnie dużym bagażem jak na wiek i możliwości dziecka. Niektórzy rodzice realizują bliskość w formie kontroli – ich wzrok i ocena zawsze są w pobliżu i sprawiają, że bliskość zrasta się z poczuciem ograniczenia i krytyki. W konsekwencji dziecko może mieć nadmierne poczucie odpowiedzialności za dobre samopoczucie dorosłych, w połączeniu z realnym niewielkim wpływem na otoczenie. Utrudni mu to satysfakcjonujący rozwój i może wręcz uniemożliwić dojrzewanie osobowości. Człowiek wtedy czuje się jakby udawał dorosłego, którym wcale się nie czuje, i jak ma 11 i 35 lat.
Rodzic niestabilny emocjonalnie
Zatem rodzica może być za mało, ale i za dużo. A niekiedy oba te stany się przeplatają, gdy rodzic jest chwiejny i intensywny w swojej emocjonalności wobec dziecka – raz go brakuje, innym razem jest go zbyt wiele. W jednej chwili dziecko jest zalewane uwagą, uczuciami, gestami, w innej odrzucane, karane, negowane. Czasem wygląda to tak, że rodzic jest przy dziecku wtedy, kiedy potrzebuje jego miłości i zależność, a nie wtedy, kiedy dziecko potrzebuje rodzica. To psychiczny rollercoaster, który przygotowuje więź do funkcjonowania na takich właśnie wysokich amplitudach. Bliskość zrasta się z zagrożeniem konfliktem, krytyką i odrzuceniem. Nie można się nią spokojnie cieszyć i delektować, bo podświadomość już wie, że zaraz wydarzy się coś złego i bolesnego. Byciu w bliskiej relacji nieustannie towarzyszy poczucie zagrożenia i nadmierna czujność, ten wzorzec jest następnie wnoszony do dorosłego życia.
Czasami psychologiczny aspekt bliskości doznaje uszczerbku z biegiem czasu, gdy w życiu dziecka/ nastolatka/ młodego dorosłego wydarzy się coś, co wstrząsa jego dotychczas stabilnym światem relacji. Dla wielu jest to rozwód rodziców, a zwłaszcza rozwód w atmosferze konfliktu. Ból tego doświadczenia bywa tak silny, że przywiera do konstruktu psychicznej bliskości i na wiele lat może skazić go posmakiem cierpienia, zawodu, niepewności.
Nadmierny wstyd i brak samoakceptacji
Opisane wyżej rodzaje relacji pomiędzy rodzicami a dziećmi zostawiają swoje ślady w psychice dziecka, które to ślady także w sposób pośredni przyczyniają się do problemów z nawiązywaniem i doświadczaniem bezpiecznych więzi z innymi ludźmi. Gdy w konsekwencji nieoptymalnego środowiska domowego lub społecznego, człowiek wyrasta na osobę z niskim poczuciem bezpieczeństwa, własnej wartości i z brakiem samoakceptacji, wówczas może bać się bliskości, bo bliskość to ukazanie się drugiemu człowiekowi w całości. A ta całość przeżywana jest jako powód do wstydu – ktoś taki myśli i czuje, że należy się raczej ukrywać, niż obnażać w swojej beznadziejności, przecież nikt takiego „przegrywa” nie zechce. Poszukiwanie bliskości może nieświadomie zostać przekształcone w poszukiwanie odrzucenia, żeby potwierdzić te okropne przekonania o sobie i o świecie.
Przynależność do mniejszości
Powyżej przytoczone przekonania na temat siebie i świata nie muszą wynikać tylko z interakcji i relacji rodzinnych. Mogą również być konsekwencją doświadczeń nabytych w szerszym kontekście społecznym, w tym rówieśniczym. Nietypowa i narażona na ostracyzm społeczny może być wtedy cała rodzina. Wiele osób, należących do mniejszości, np. z różnego rodzaju zaburzeniami zdrowia, niepełnosprawnością, pochodzących z innej kultury (np. imigrantów wojennych), o innej orientacji seksualnej, wyglądających inaczej, zniekształconych fizycznie z powodu różnych urazów, czy cechujących się neuroróżnorodnością taką jak ADHD czy spektrum autyzmu czuje, że w znaczący i niezrozumiały sposób różni się od innych i może spotykać się w codziennym życiu z krytyką, niezrozumieniem, odrzuceniem. Nie będąc rozumianym i przyjętym, trudno utrzymać w swoim wnętrzu pozytywny obraz siebie i adekwatne wyjaśnienie własnych trudności, zamiast tego pojawia się poczucie bycia gorszym i niechcianym albo brzydkim. Te przekazy, z zewnątrz i wewnątrz, jeśli licznie otrzymywane, wpływają na samoocenę, znacznie ją obniżając.
Doświadczanie utrat, przekraczających możliwości radzenia sobie
Kolejnymi sytuacjami sprzyjającymi pojawianiu się i utrwalaniu lęku przed bliskością i zależnością, są utraty znaczących relacji w życiu dorosłym (rodzinnych, przyjacielskich i romantycznych), zwłaszcza, jeśli te utraty okazywały się doświadczeniem ogromnie bolesnym. Świadomość, że nawiązana bliskość może zostać zerwana i dostarczyć tak silnego bólu emocjonalnego, zaczyna działać jak wyuczony wzorzec: im najpierw bliżej i wspanialej, tym potem bardziej się cierpi, im bardziej jesteśmy zależni, tym bardziej można nas zranić. Brak lub niewystarczające umiejętności radzenia sobie z bólem psychicznym, znoszenia niepewności w sytuacji bliskiego związku, który ze swej natury naraża nas na zranienie, również mogą sprzyjać unikaniu bliskości. I znów, umiejętność radzenia sobie z uczuciami depresyjnymi i odporność psychiczna lub jej brak, to kompetencje, które nieświadomie nabywamy, będąc w relacji z opiekunami, jeszcze w dzieciństwie.
Cechy układu nerwowego
Ważnym kontekstem doświadczania lęku przed bliskością mogą być także po prostu cechy układu nerwowego. Bliskość to dźwięki, obrazy, obecność, czasami dotyk, radość, obawy, ekscytacja. Dla neurotypowego układu nerwowego zwykle są to bodźce jak najbardziej przyswajalne i metabolizowalne. Jednak gdy dana osoba jest na przykład introwertykiem, lub ma zespół nadpobudliwości psychoruchowej, tudzież cechy spektrum autyzmu, wówczas tak naturalne elementy interakcji i relacji mogą stać się obciążeniem i z poziomu ciała wywoływać reakcje unikania.
Struktura osobowości
Obok typu układu nerwowego innym bardzo istotnym elementem mającym wpływ na doświadczanie bliskości jest jakość struktury osobowości. Im bardziej struktura ta jest stabilna, mocna, „poukładana”, tym łatwiej wchodzić w bliskie relacje i tolerować związane z tym lęki i niepewność. Jednak przy strukturze osobowości chwiejnej, osłabionej, delikatnej i wrażliwej, bliskość często wiąże się z odczuwaniem przytłaczającego zagrożenia. To zagrożenie może wynikać z pojawiającego się wówczas poczucia zanikania, rozpływania się w innej osobie, tracenia poczucia siebie.
Potrzeba niezależności i autonomii
Na końcu trzeba jeszcze powiedzieć o wspomnianej już na samym początku potrzebie odwrotnej do potrzeby bliskości, mianowicie potrzebie autonomii. Jej rozwój towarzyszy człowiekowi od samego dzieciństwa – chwilami jej realizacja jest odsunięta na dalszy plan, w innych momentach życia wysuwa się na czoło i intensywnie woła o zaspokojenie, popychając do rozwoju niezależności i odpowiedzialności. Ostatecznie obie te potrzeby stają się dwiema stronami jednego medalu. Gdy bliskości zaczyna robić się zbyt wiele, autonomia będzie upominała się o siebie na przykład głosem lęku przed bliskością. Ciągłe napięcie i dynamika pomiędzy bliskością i autonomią sprawia, że właściwie w przeciągu całego naszego życia, w różnych okolicznościach, będziemy oscylować między lękiem przed bliskością z jednej strony, a przed samotnością z drugiej, między potrzebą zależności i autonomii.
W psychoterapii dogłębnie badamy wzorce przywiązania. Mimo, że są one nieświadome, możemy obserwować ich manifestacje na żywo, w gabinecie, w relacji z terapeutą, dzięki czemu możemy je sobie uświadamiać. W terapii długoterminowej mamy szansę przepracować swoje trudności relacyjne i zmienić nasze automatyczne reakcje na przywiązanie i bliskość. Narzędziem takiej zmiany jest relacja terapeutyczna.





